Usługi free-to-play zdominowały rynek mobilny. Pozwalają one użytkownikom bezpłatnie wypróbować gry, a następnie zdecydować, czy spełniają one ich oczekiwania. Istotne jest jednak uniknięcie błędnego przekonania, że darmowe usługi i produkty odznaczają się niską jakością.

– Przyszłością na pewno są gry w systemie free-to-play. Odnosi się to do rynków mobilnych, ale nie tylko. Widzimy, że coraz więcej dużych firm, robiących spore produkcje je na PC czy konsole, gdzieś ten model wplata do swoich produkcji – mówi newsrm.tv Damian Fijałkowski, współzałożyciel T-Bull.

Jeszcze 5 lat temu gry free-to-play stanowiły 20% rynku, podczas gdy pozostałe 80% stanowiły produkcje płatne. Obecnie proporcje się zmieniły, a gry i aplikacje free-to-play zajmują większość rynku.

– Ludzie przyzwyczaili się, że mogą spróbować czegoś za darmo, a następnie – w zależności od tego, w jaki sposób zbudowany jest produkt, albo bezpłatnie kontynuować jego użytkowanie, albo zapłacić, ale dopiero wtedy, gdy stwierdzą, że produkt, który wybrali spełnia ich oczekiwania – dodaje Damian Fijałkowski.

Błędne jest utożsamianie produktów darmowych z wyrobami słabej jakości. Wbrew pozorom do wytworzenia darmowej gry potrzeba znacznie więcej wysiłku. Tworzy się bowiem kompletny produkt, który z jednej strony daje deweloperowi możliwość zarobienia, a z drugiej buduje napięcie użytkownikom i skłania ich do kontynuowania swojej przygody z grą.

– System free-to-play daje możliwość przyspieszenie pewnych czynności w grach. Czasami jest to określane mianem „rozwiązań dla leniwych”. Można na coś poczekać i trochę popracować w grze, ale jeżeli ktoś nie chce to może zapłacić i dostać coś szybciej lub więcej – podsumowuje Damian Fijałkowski.

Wypowiedź: Damian Fijałkowski, współzałożyciel T-Bull.

Źródło: Newsrm.TV